| copyrights Junior | junior.blogtrotter.com/foto



  



TnCh2-03-08

TnCh2-03-11

TnCh2-03-19

TnCh2-03-32

TnCh2-04-07

TnCh2-04-16

TnCh2-04-21

TnCh2-04-33

TnCh2-05-04

TnCh2-07-08

TnCh2-07-17

TnCh2-07-24

TnCh2-08-08

TnCh2-08-13

(7.02.2002) Ni hao, czyli dzień dobry w tym pięknym języku. Pekin zgotował mi przepiękne powitanie. Niesamowite słonce nastroiło mnie max. pozytywnie po prawie 15 godzinach podróży z Warszawy via Londyn. To był szok. O ile ostatnim razem spowodowany niewyobrażalnym upałem i ostrym jak żyleta słońcem, tak teraz panuje tu łagodna, wiosenna wręcz pogoda i świeci słońce. No właśnie. Światło. Cos niesamowitego. Takie miękkie, zmysłowe, ale i zdecydowane. Przepięknie rysuje chińską rzeczywistość. Wierzę, ze uda mi się to zawrzeć na negatywie. --I takie właśnie było moje pierwsze wrażenie, drugiego już pobytu w Chinach. Tak jeszcze słowem wstępu, to maile, które do Was wysyłam, będą miały raczej charakter luźnych opisów, przeżyć etc., a nie bardzo dziennika. Choć chciałbym się dzielić każdą chwila jaka przeżywam tu w Pekinie. No właśnie. Generalnym moim celem jest sfotografowanie Chun Jie czyli Chińskiego Nowego Roku. Święto to zaczyna się 12 lutego i trwa ok. 2 tygodni. O przebiegu będę informował na bieżąco. Na razie jestem w Pekinie i posiedzę tu jeszcze z tydzień. /Mieszkam w pokojach gościnnych Polskiej Ambasady, czyli tak jak w zeszłym roku./ Później planuje pojechać do Wuhan (stolica prowincji Hubei). Też ciekawa historia. Podczas mojego zeszłorocznego pobytu poznałem Chinkę - Zhan, ale przyjęła angielskie imię Crystal. Poznaliśmy się w pociągu. Pogadaliśmy sobie z pól godziny i wymieniliśmy się e-mailami. I tak od tego czasu regularnie do siebie pisujemy. Czyli jadę do Niej, żeby z bliska przypatrzeć się świętowaniu Chun Jie. Jest to bardzo rodzinne święto i myślę, że uda mi się to sfotografować u Niej w domu (mieszka z rodzicami). Zobaczymy. ----BEIJING UNDERGROUND---- Pekińskie podziemie chciałem już zwiedzić ostatnim razem, jak byłem tu z Maćkiem Rogalą. Nikt nic nie wiedział, a temat podziemia wydawał nam się co najmniej dziwny i mało komercyjny. /Z Maćkiem staraliśmy się omijać typowo turystyczne atrakcje, choć czasem było to nie do przeskoczenia./. Trafiliśmy na cos podobnego w Chengdu **(zeszłoroczny opis - w załączniku poniżej) Tym razem temat podziemia przybliżył mi Piotrek Gillert – korespondent Rzeczpospolitej na Chiny. Spotkaliśmy się w niedzielę. Zaproponował, żebym zrobił zdjęcia dla Jego gazety. OK. We wtorek poznałem smak 'zakazanego owocu'. W życiu bym się nie spodziewał, że wejście do 'tajemniczego miasta' znajdzie się pośród starych chińskich uliczek, niedaleko placu TienAnMen. Trochę z Piotrem pobłądziliśmy, zanim naszym oczom, w starej części Pekinu ukazał się napis 'Beijing Underground'. No to wchodzimy... Na wstępie oplata 20 Yuanow (ok. 10 PLN). Dalej zejście w dół i dłuugi korytarz. Ciemne tunele rozswietlaja małe żaróweczki, panuje półmrok i śmierdzi piwnicą i stęchlizną. Chińczyk - przewodnik, który wszedł z nami zatrzymał się przy mapie i cos Piotrowi tłumaczył, po chińsku oczywiście /dla mnie (jak na razie) czarna magia, a Piotrek jest tu już od 3 lat i zasuwa po chińsku jak nie wiem co/ . Brniemy dalej. Pojawia się bardziej oświetlona sala, a w niej, na barowych, zardzewiałych krzesłach, z pożółkłych obrazów, leniwie spoglądają: Marks, Engels, Lenin, Stalin, Deng Xiaoping i Mao Tse-Tung. hue hue... A skoro już przy historii jesteśmy. Tunele zaczęto budować w 1969 roku, na wypadek wojny Chińsko-Radzieckiej. Podobno miało być wieelkie buuum. I tak powstało lustrzane odbicie Pekinu - pod Ziemia. Kopał każdy zdolny wówczas do pracy. Głównie pod swoimi zakładami pracy. I nawet teraz, gdyby spytać 50-60. letniego Chińczyka czy kopał, odpowiedział by twierdząco. Choć ciekawe jak się teraz czują, z poczuciem, ze budowali tak naprawdę pomnik absurdu, a nie niezbędne dla dobra Chińskiej Republiki Ludowej schrony i podziemne labirynty. A może nie maja tej świadomości? Nieee wiem z reszta, takie czasy były. Co zrobić. Prace nad budową tych labiryntów trwały aż do 1979 roku. 2 lata później udostępniono odcinek tunelu dla zwiedzających. Jak się tu dowiedziałem, jest to teraz nie lada atrakcja turystyczna, choć przewodniki o tym nie piszą... Chwila 'zadumy' i idziemy dalej. Mały przystanek na sfotografowanie napisu 'Plac TienAnMen'. Tak - jesteśmy dokładnie pod nim. Później drogowskaz: Zakazane Miasto i szpital. Idziemy w półmroku. Mijamy jakby te same mury. Ciągną się i ciągną, a stęchlizną śmierdzieć nie przestaje. Duszno. W końcu - promyki światła, ale to nie koniec 'turystycznej przechadzki'. Naszym oczom ukazuje się wieelka sala. Oczywiście bez okien, ale setki jarzeniówek skutecznie rozświetlają.. Fabrykę Jedwabiu. Taaak! A w środku - ludzie. Głównie Chinki, ze znudzeniem przyglądają się białym turystom. Oparte są o lady, a na półkach, zupełnie jak w sklepie - towary. Jedwabne produkty tu produkowane, które można kupić 'po okazyjnych cenach'. Na środku tej wielkie sali - stoliki do prezentacji 'walorów pierwszorzędnej jakości tkanin'. Niezła komercja... Szybko się stamtąd ulatniamy. Przy kotarze z napisem 'no visiting' próbuję jeszcze sfotografować prząśniczki, pewnie kiedyś przodowniczki pracy - teraz te ok.50-60 letnie kobiety przędą jedwab i baaardzo krzyczą na widok białasa z aparatem. Niestety, ręka jednej z nich w moim obiektywie odwodzi mnie od fotografowania ich pracy. Tym razem przynajmniej ;) I dalej jest wyjście. Jeszcze tylko krótki tunel z wielkim portretem Mao i koniec tunela! Wychodzimy na światło dzienne. Na światło, o którym pisałem wcześniej. To samo wiosenne, przyjemne... Jeszcze przed zeszłorocznym wyjazdem dowiedziałem sie od Stacha (był w Chinach 19...razy - ciekawe, Staszek, kiedy pobije Twój rekord...), ze wejście do podziemnego Pekinu jest tez w innym miejscu. Powiedziałem o tym Piotrkowi i zaczęliśmy poszukiwania. Wysiadamy na stacji metra Babaoshan i w zasadzie jest to nasz jedyny trop. Nazwa stacji metra. Szukaj wiatru w polu. Gdy tylko powiedziałem te słowa, podbiega do nas jakiś uczynny Chińczyk i pyta czy by gdzieś nas nie podwieźć. Uczynny taksówkarz, jak się okazało. Gdy Piotr wspomniał mu o podziemiach, powiedział, ze coś tam wie, ale za 20 Yuanow popyta się i na pewno znajdziemy cel. No to pakujemy się do taksówki - małego Daihatsu (tu pod nazwa Xiali) i poszukiwań ciąg dalszy. Z pięć razy zatrzymywaliśmy się po drodze, pytając starszych Chińczyków o tunele. Po chwili wjeżdżamy na nowoczesne osiedle./Kiedy w Polsce będą budować tak piękne, nowoczesne budynki.../ A po środku osiedlowego placu - budynek, coś jakby sklep. To jest tu - powiedział nasz przewodnik. OK. to schodzimy w dol. Z zewnątrz nic nie zapowiada, ze tu tez jest schron czy jakieś tunele. Dopiero półtorametrowej grubości żelazne drzwi, wskazują, że to tu. A za nimi - sklep jak sklep. Tysiące takich tutaj. Dopiero gdy zacząłem robić zdjęcia, energicznie podszedł do nas ochroniarz i zabronił fotografowania. 'To jest schron, tu się nie robi zdjęć' Ale co zdążyłem to moje. hue hue. Wszystko więc już wiemy. Piotrek dowiedział się tylko, ze sklep otwarto w grudniu ubiegłego roku, a dużo wcześniej był to rzeczywiście schron... I tak oto zakończyliśmy nasze podziemne poszukiwania. Piotrek ma pełno materiałów do tekstu, a ja nie za bardzo byłem zadowolony ze zdjęć. Następnego dnia poszedłem do 'Beijing Underground' jeszcze raz. Fotografowałem, choć raczej nie jest to obiekt bardzo fotogeniczny. Zobaczymy jak wywołam negatywy. Aha, udało mi się zaskoczyć niedostępne wczoraj prząśniczki i zrobiłem im 'kilka zdjęć'. no! ----Mam nadzieje, ze nie zasnęliście jeszcze przed Waszymi monitorami. Wzięło mnie coś na pisanie. Jak jeszcze będziecie wytrwali, poniżej - zeszłoroczny tekst z opisu podziemia w Chengdu. I nie myślcie, ze fotografuje tylko podziemia. Chodzę sobie ulicami Pekinu. Miasta, które z każdym dniem staje się bardziej nowoczesne. Naprawdę, widzę, po pół roku, który dzieli mnie od ostatniej wizyty, że miasto cały czas się rozwija. Nowoczesny Pekin. To temat na co najmniej parę książek. Ja staram się uwieczniać to na negatywach. Tak wspomnę tylko, ze fotografowałem jeszcze punkty przeładunkowe - cargo /tez temat na osobnego maila/ a dziś byłem w szpitalu chińskim. Robiłem zdjęcia akupunktury. Jutro rano znów tam jadę i pewnie coś o tym napisze. Tymczasem gorąco pozdrawiam wszystkich i każdego z osobna i lecę dalej podziwiać Pekin. Ciągle zmieniające się, nowoczesne gigantyczne miasto. Ej.... *********załącznik****opis podziemia Chengdu – sierpień 2001-********************* Wróciłem i od razu ruszyłem w miasto. Na głównym placu 10-o milionowego Chengdu stoi pomnik Mao Zedonga, wielkości co najmniej 10 metrów. Obfotografowałem go z każdej strony. A to na pierwszym planie reklama McDonaldsa, to z znowu parasol Pepsi, a drugi plan wypełniają drapacze chmur... Porobiłem też trochę portretów, codziennego życia Chińczyków, ruchu ulicznego etc. W kolejnym punkcie swojej bez stresowej wędrówki przez miasto, trafiłem na coś co sprawiło na mnie takie wrażenie, że nawet teraz ciężko mi jest dojść do siebie. Zaczęło się bardzo niewinnie. Wejście do parku, które pokonałem po wniesieniu odpowiedniej, bo bardzo małej opłaty. Dalej to samo co w parkach jakich tu w Chinach tysiące, jeśli nie setki tysięcy: herbaciarnie, staruszkowie grający w warcaby, plotkujące babcie, wachlujące się bez przerwy. Nic nie zapowiadało miejsca, o którym czytałem w przewodniku - byłego schronu przeciwrakietowego. Nie mało czasu zajęło mi znalezienie budynku, który w niczym nie przypominał schronu. Ot typowa komunistyczna budowla. Wszedłem, bo przewodnik pisał, że w środku znajduje się muzeum, a o reszcie nie było nawet wzmianki. O reszcie... Po wejściu uderzył mnie odór stęchlizny, jak w starej piwnicy. No to część klimaciku już mamy - idę dalej. sztuczne światło z jaskrawobiałych jarzeniówek, jak w szpitalu, towarzyszyło mi gdy przemierzałem bezsensownie kolejne metry podziemnych tuneli. Nagle strąciło moc, przestało męczyć oczy, a ja znalazłem się w zaciemnionym korytarzu . Obok mnie ledwo podświetlone gabloty, z zaparowanymi i popękanymi szybami. Wokół mnie żywej duszy. Podszedłem bliżej do jednej z gablot i... zamarłem. Autentycznie przestraszyłem się jakbym jakiegoś ducha zobaczył. Dobrze, ze nikogo koło mnie nie było, bo niezły by miał ubaw widząc moja reakcje. Zza nieszczelnego szkła przyglądał mi się waz. . Odskoczyłem od szyby. Ciekawość moja była jednak silniejsza i na nogach jak z waty podszedłem do następnej szyby. Tam następny waz. Szkoda, że warunki nie sprzyjały fotografowaniu, bo wykonane zdjęcie trafiłoby z pewnością do mojej "kolekcji absurdów"(jak nazwał podobne zjawiska mój kumpel). W następnych terrariach – następne gady i inne płazy: jaszczurki, żółwie, później znowu węże i żmije. W ostatniej leniwie spoglądał na mnie i syczał raz po raz, pyton. Miał chyba z 7 metrów. OK, szczyt absurdu w schronie przeciwrakietowym - pomyślałem i wszedłem w kolejny korytarz, przepełniony odorem stęchlizny, przez który sączyło się wyciszone światło. Kawałek dalej - tory. Na ścianach - beznadziejne rysunki niby-dinozaurów. A skoro tory to i kolej. Tak - miła starsza pani, powiedziała coś do mnie, a ja zrozumiałem, że mam chwilkę poczekać. Nie minęły dwie minuty, a już siedziałem w wagonie. Coś jakby metro - czterowagonowa kolejka, którą ruszyłem w głąb tunelu. Widoki, które ujrzały moje rozszerzone oczy, przeszły wszelkie granice. Szczyt absurdu. Gdybym miał taką półeczkę z absurdami, na pewno zarwałaby się pod ciężarem doznań, których tam doświadczyłem. Najpierw zmiana oświetlenia. Tunel wypełniały światełka choinkowe, które jaskrawo, na rożne kolory, z przewagą czerwieni, oświetlały kukły. Kukły, które sprawiały wrażenie, że ich autor był paranoikiem, a lalki wykonał w największym napadzie swej choroby... Podobizny pingwinów (bez oczu), figurka Świętego Mikołaja, rodem ze sklepu z zabawkami (mocno używanymi i z niezliczoną ilością wad fabrycznych). Po wjechaniu do paszczy rekina, wyjechałem do przedziału, który, mocno się zastanawiając, miał przypominać sceny z westernu. Oczywiście byli kowboje i Indianie. Ich figury przypominały manekiny, te używane do crash testów samochodów. Oczywiście po użyciu. Do tego to kiczowate czerwone światło. Paranoja. Po prostu szczyt absurdu, głupoty i kiczu. To pewnie dlatego w moim przewodniku było tak mgliście napisane o muzeum... To naprawdę robi wrażenie.