|
|
|
|
10.Hanoi
29.07.2002
Good Morning Vietnam.
Pierwsze wrażenie?
Kraj biedny ale urokliwy. Asfaltowe, choć bardzo dziurawe drogi. Wokół soczyście
zielono, jaskrawo aż. Góry i pagórki (trzy czwarte powierzchni Wietnamu, wielkości
Polski, to wzniesienia). Lasy, łąki, pola ryżowe. Na nich stożkowate kapelusze,
spod których wyłaniają się twarze. Twarze szczerze uśmiechnięte, rozpromienione,
zadowolone.
Jeszcze przy drogach domki. Ale takie segmenciki, klocuszki. Smukłe, wysokie
na dwa piętra. Przeważnie błękitne, czasem słonecznie żółte. Biedne. Nie dokończone.
Nie otynkowane.
Na drogach nie widać wiele samochodów. Słychać je za to dobitnie. Co jakiś chcą
wyprzedzić naszego minibusa trąbią niemiłosiernie. Raz inni wyprzedzają, raz
my. Coraz więcej motorów, skuterów.
/Nie podróżuję już samotnie (z resztą, nigdy nie jestem sam). Jeszcze w Kantonie poznałem przemiłą parę Anglików. Jane i Dom. Oni podróżują dookoła świata. Często aktualizują swoją stronę: www.domandjaneontheroad.com . I Dom ma ciekawą historyjkę, z Kantonu właśnie: Poszli z Jane na lunch. Poprosili w knajpie o coś lekkiego. Don zjadł ze smakiem swoje mięso. Gdy przyszło płacić rachunek, zdziwili się bardzo. 140 yuanów? Za co? Bo właśnie zjadłeś jang dak. Dak? Kaczkę? przeliterował zaskoczony Don. Nie, Dak d o g. To był młody dak. Szczeniaczek.../
I razem jedziemy dalej dziurawymi drogami Wietnamu. Coraz więcej domów, coraz więcej ludzi. W kapeluszach i bez. Skuterki i motory wpychają się jak mogą. Piskliwy klakson rozgania jednoślady.
Wreszcie Hanoi.
Jest jak połączenie przesympatycznego i radosnego Bangkoku, z miłym, ale bardzo
biednym Phnom Penh.
Wrażenie to samo: biednie, ale urokliwie. Jedziemy na Starówkę. To tu jeszcze
nie tak dawno temu mieszkali francuscy kolonizatorzy. Nie bez kozery mówi się
o Hanoi, że to Paryż Orientu. Piętrowe kamienice upchane jedna przy drugiej.
Pięknie zdobione tarasy.
Wszystko jednak jest jakby wyblakle. Wypalone przez słońce i wojnę z Ameryką.
Pewnie w związku z tym też nie ma amerykańskich reklam McDonaldsa, Coli czy
Forda. W sklepach za to jest wszystko. Jest tanio. I jedzenie i przejazdy i
zwiedzanie. Piwo też (1-3 zł)
Przed kamienicami ludzie. Mnóstwo ludzi. W Hanoi mieszka ok. 3 milionów. Nadal
uśmiechnięci.
Starsze kobiety w kapeluszach sprzedają bagietki (też francuska pozostałość).
W lustrach odbijają się strzyżone głowy Hanojczyków; pobłyskują nożyczki ulicznych
fryzjerów. Można kupić najnowsze płyty CD i DVD. Podpatrzeć jak radosne twarze
ze smakiem pałaszują sajgonki. Ulica żyje codziennym życiem. Jakże barwnym.
Jak bardzo szczerym, choć prostym.
Z trudem przeciskamy się przez gąszcz skuterów. Są jak natrętne muchy, ciężko
się odpędzić. Kierowcy trąbią cały czas. Męczące, ale można się przyzwyczaić.
Głośno.
Wreszcie hotel. 5$/dobę. Raczej spartańskie warunki. Ale ja tu tylko śpię, nie mieszkam. Jeden pokój, łóżko, fotel. Łazienka z zimną wodą. Wentylator. Wystarczy?
Tyle ludzi mówi tu po angielsku. Bez problemu można spytać o drogę, czy atrakcje turystyczne. Ale broń jest obusieczna... Coraz więcej natrętnych naganiaczy, oferujących swe usługi w zakresie transportu, oprowadzania po mieście czy hoteli, też zna ten język. Zaczepiają gdzie się da. A ich nudne już Helu, du ju łant taxi, or gud hotel bywa nie do zniesienia. Znoszą to jednak rzesze Białych. Naprawdę jest ich tu bardzo dużo, przeważnie turyści.
Szybki prysznic i ruszamy w miasto. Restauracja Kangaroo, jak sama nazwa wskazuje prowadzona jest przez Australijczyka. Zajmuje się tym biznesem od 6 lat, ma żonę Wietnamkę. Jedzenie naprawdę wspaniałe, jak się okazało trzeba mi było zachodnich specjałów. Stek z frytkami i wietnamskie piwo. To jest to, za jedyne 3$.
Nasycone brzuchy, czas na zmysły. Idziemy do Jazz Clubu.
Na ścianach plakaty Milesa i Coltranea. Zdjęcia Billa Clintona grającego na
saksofonie w duecie z Wietnamczykiem. To właśnie szef lokalu Quein Van Minh
jeden ze słynniejszych jazzmanów w Azji.
I popłynęła muzyka. Synkopowane dźwięki z lekkością wytwarzane przez trąbkę,
saksofon, pianino, bas i perkusję. Za instrumentami Wietnamczycy. Naprawdę
są nieźle obeznani w standardach: Favourite things, All blues, Funny Valentine.
I bardzo dobrze zapoznani ze swoimi instrumentami.
Czas na gwiazdę wieczoru mistrza Van Minha i jego saks. So what. Nie sądziłem,
że jazz w Azji może być tak porywający.
Porwał nas, nie powiem, ale gdy tylko muzyka ucichła szybko do hotelu. Kolejny
wspaniały, poznawczy i pełen atrakcji dzień.
Pierwsze wrażenia, nie zawsze trafione. Część klimatu już wchłonąłem. Pochłania
mnie Wietnam, a raczej Hanoi, najpierw.