|
|
|
|
13.Ho
12.08.2002
ostatni mail z Wietnamu.
Tym razem dwa teksty (zdjecia do pierwszego). Zaraz bus do Laosu.
///
Idę w skupieniu. Idzie tłum. Słychać tylko delikatne szuranie po linoleum.
Czerwona
wykładzina codziennie szura po niej dziesięć tysięcy par butów. Nikt się nie
przepycha. Na
twarzach zaduma, refleksja, świadomość.
Dalej suniemy w kierunku wielkiego, monumentalnego, szaro-betonowego budynku.
Przed
piekielnym słońcem ochrania nas plastikowe zadaszenie.
Wsunęliśmy się do środka.
Cisza.
Wielka, masywna, potężna sala. Czterech żołnierzy w galowych mundurach. Każdy
na
baczność. Ani drgnie.
Znają powagę miejsca. Strzegą skarbu.
Wokół przewija się i naokoło obchodzi jeszcze bardziej skupiony tłum. Równiutko,
w
rządku, dwójkami.
I nagle jest.
Sączy się delikatne czerwono-pomarańczowe światło.
Siwiusieńkie włosy delikatnie opadły na wymoszczoną poduszkę. Ręce w bezruchu
spoczywają na atłasowym, ciemnogranatowym przykryciu. Słynna bródka jest równo
przycięta. Oczy zamknięte.
Ojciec Narodu. Najlepszy Prezydent. Największy Przywódca. Wujek Ho.
Ho Szi Min jakby śpi w tej szklanej trumnie.
/Nguyen That Tan urodził się w 1890 r. Był świetnie wyedukowany w Paryżu, gdzie
szansę
na naukę mieli tylko najlepsi, francusko języczni Wietnamczycy. Przebywał tam
od 1911
roku, później przeniósł się do Londynu. Przeszkolenie odbył w Związku Radzieckim.
W 1924
przybył do Chin jako agent Kominternu. Następnie wrócił do Wietnamu, gdzie założył
Wietnamską Partię Komunistyczną (1930). W czasie II wojny światowej uciekł do
Chin, aby
w 1941 ponownie znaleźć się w północnym Wietnamie. Tam utworzył oddziały partyzanckie
Viet Minh. Wtedy przyjął imię Ho Szi Minh- niosący światło... / Zmarł w 1969
roku.
W mauzoleum spoczywa i sprowadza rzesze Wietnamczyków (i coraz więcej turystów)
od
1973.
Nad gmachem powiewa flaga. Krwistoczerwona, z pięcioramienną złotą gwiazdą.
Każde
ramię gwiazdy symbolizuje zawód: rolnik, robotnik, policjant, przedsiębiorca
(chyba nie
businessman) i żołnierz.
Muzeum Ho Szi Mina też jest ciekawe. Ma dwa wielkie piętra. Pierwsze to przeszłość,
drugie przyszłość. Na każdym zakaz fotografowania. Też skupienie i rozmyślanie.
Na pierwszym: głównie zdjęcia Przewodniczącego. Wielki Wódz przemawiający; z
rolnikami na polu ryżowym; wśród ludu na wiecu. I cytaty na wielkich planszach
Gdyby Konfucjusz, Jezus i Marks żyli dzisiaj razem, podejrzewam, że żyliby
w harmonii
jak prawdziwi przyjaciele. Będę starał się być ich uczniem Ho Szi Min 1949".
Żyć, walczyć, pracować i uczyć się jak dał nam przykład Wujek Ho" To tylko
niektóre.
Piętro drugie: rzeźby żołnierzy, wieśniaczek, robotników. Ale co z tym wszystkim
ma
wspólnego Chagall, Picasso, Dali? Na środku bardzo zniekształconej sali, wymalowanej
podpisami przedstawicieli awangardy, stoi rzeźba. Surrealistyczna, powykrzywiana
głowa.
Ma trzy pary oczu, a wokół niej wiją się usta w cynicznym uśmiechu. Przesłania
kolejnej sali
też nie rozumiem. Korytarz z lustrami. Na początku napis po francusku: Wolność,
Równość,
Braterstwo. Dalej podobnie. Nie trudno się zgubić w tym labiryncie. Na końcu
telewizor. W
nim najokropniejsze sceny działań wojennych jakie widziałem. Oszczędzę opisu.
Co kilka
sekund na ekranie pojawia się Hitler. Nic nie rozumiem.
Wychodzimy.
Wietnamczycy nadal szanują i poważają swego Wodza. Oczywiście, był najlepszym
Przywódcą, musimy kontynuować jego dążenia, działać według Jego wskazówek"
mówi
całkiem serio dwudziestoczteroletni barman.
Kochamy naszego Wielkiego wodza. Szanujemy i wielbimy, bo zrobił tak wiele
dla
naszego kraju: to on podpisał w 1945, deklaracje o niepodległości Wietnamu i
tym samym
proklamował utworzenie Demokratycznej Republiki Wietnamu" dodaje Lan,
trzydziestoletni przewodnik wycieczek.
Ho Szi Minh przeszywająco spogląda z każdego banknotu. Od 1000 do 100000 dongów.
Na
rewersie banknotów widnieją fabryki, mosty, przędzalnie,.
Na ulicach też symbolicznie, choć nie rażąco. Komunistyczna propaganda, pomniki,
wyblakłe plakaty, billboardy. Perfekcyjnie wpasowane w hanojską rzeczywistość
Napis: Budujemy i odnawiamy nasz kraj, by był piękniejszy i bardziej perfekcyjny
(to przy
portrecie Ho z dzieckiem na ręku) nikogo nie dziwią. Po prostu budują kraj.
Matko: karm dziecko piersią", albo matczyne mleko jest najlepsze"
widnieją napisy na
czerwonych wstęgach w środku miasta.
Nikogo to nie dziwi. Tak jest, a lud Socjalistycznej Republiki Wietnamu miewa
się dobrze.
//////
Ostatni dzień w Hanoi. Poszedłem pożegnać się z ludźmi z Polskiej Ambasady.
Wychodzę, a tuż za rogiem ok. pięćdziesięcioosobowa grupka demonstrujących
Wietnamczyków.
Już wyciągam aparat z torby, już przykładam do oka, a tu nagle czuję na sobie
ręce. 'Nou
foto, nou foto!' wydziera się około trzydziestoletni Wietnamczyk.
Ok., chowam.
Postawiłem torbę na ziemi i obserwuję dalej.
Grupa pięćdziesięcioosobowa naprzeciw mnie, po drugiej stronie ulicy, to przeważnie
starsze
kobiety. W rękach dzielnie trzymają białe transparenty z czerwonymi, odręcznymi
napisami.
Na wielu z nich powtarza się:
TINH LONG.AN
TINH NGIAN
Próbuję zapisać inne hasła. Dobrze nie zdążyłem otworzyć notatnika, a już czuję
jak ktoś
zabiera mi długopis. Tym razem to młoda, całkiem ładna Wietnamka. Całkiem ładna
pracownica 'odpowiednich służb' jak podejrzewam.
Uśmiecham się głupio i próbuję notować dalej. Uderza mnie lekko w plecy, mówi
coś w
swoim języku i stara się wyrwać notatnik.
OO, nie to nie. Niedokończone notatki chowam posłusznie do kieszeni.
Ożywieni demonstranci co chwila stają się bardziej żywi. Ich twarze
stają się jeszce bardziej wesołe, szczególnie, gdy ulicą
przejeżdża następny minibus. Naliczyłem w sumie dziewięć takich białych busików
Hyundaia, z numerami na przedniej szybie. Najwyższy numer to dwadzieścia osiem.
Przejeżdżają nie za szybko, więc mam okazję zajrzeć przez szybę do środka. W
fotelach
wygodnie siedzą odświętnie ubrani Azjaci, nie jestem pewien, czy z Wietnamu.
Niektórzy
założyli mundury, ale bardziej galowe od tych, którzy noszą policjanci, którzy
właśnie do
mnie podchodzą.
Energicznym, stanowczym ruchem dają mi do zrozumienia, żebym sobie poszedł.
Udaję głupka.
Nic z tego. Muszę odejść...ale nie daję im satysfakcji.
Przechodzę na drugą stronę ulicy do manifestujących. Kucam trochę obok.
Nie wywołuję jednak ich zdziwienia. Do momentu jak podchodzi do mnie starsza
Wietnamka
z włączonym dyktafonem w ręku. 'Helou, helou' krzyczy i pewnie czeka na moją
reakcję.
Ja milczę.
Nagle zjawia się znajoma już, młoda Wietnamka. Spokojnie, później bardziej stanowczo
mówi coś nagrywającej staruszce. Ta z dyktafonem bardzo się denerwuje. Zaczyna
wrzeszczeć. Naprawdę głośno.
Teraz wzrok wszystkich demonstrujących skierowany jest na skonsternowanego Białasa,
który
normalnie sobie kuca tuż obok nich.
Patrzę na nich ze spokojem.
Starsza Wietnamka krzyczy. Młoda, dalej stoi przy mnie i się uśmiecha.
Babcia z dyktafonem nie daje za wygraną. Drze się i drze. Nawet policjant, który
stara się ją
uspokoić nie daje rady. Dopiero gdy przyszedł drugi i trzeci, babcia się uspokaja.
Starsza Wietnamka musi dać za wygraną. Ścisza głos, ale mruczy coś tam pod nosem.
Teraz trójka policjantów zmierza w moją stronę. Teraz już naprawdę kategorycznie
pokazują
mi, żebym sobie poszedł.
Cóż, z władzą nie ma żartów. Po wspomnieniach z placu Tienanmen, gdzie prawie
mnie
aresztowano w lutym tego roku, nie chcę ryzykować. Szczególnie, że za parę godzin
mam
autobus do Vientiane, stolicy Laosu.
Odchodzę, mrucząc swoje pod nosem.
Opuszczam Wietnam. Jutro Laos. Ale wrócę do Socjalistycznej Republiki Wietnamu
wrócę
na pewno. Jest jeszcze tyle do zobaczenia. Tyle rzeczy do dokończenia. I'll
be back....