|
|
|
|
19. Hong Kong
14.09.2002
Były dwa miesiące podróżowania, relacjonowania, fotografowania. Było rewelacyjnie.
Już od tygodnia Chongqing. Wir pracy. Kierat. Totalny brak czasu tak jeszcze
nie było.
Spięcia, napięcia. Poznawanie, przystosowywanie. Dobrze będzie.
Nie zrobiłem tu jeszcze żadnego zdjęcia. Nie będę robił zdjęć! Chcę się wczuć
w klimat tego
chińskiego molocha. Pięknie chińskiego.
Ale relacji nie będę wysyłał już tak często. Chętnie czytam maile od Was
ciekaw jestem co
słychać piszcie w wolnej chwili.
Wcześniej jeszcze, na deser, byłem w Hong Kongu:
*
Maszyny i ludzie. Ludzie i maszyny. Hong Kong to nie Chiny nie, po stokroć
nie!
A tym razem myślałem, że to zbiegowisko 6 milionów ludzi, rozświetlone wieżowce,
zakorkowane ulice, pulsujące chodniki, że to wszystko nie zrobi już na mnie
wrażenia. Rok
temu jak byłem tu z Maćkiem, przez 4 dni chodziliśmy i nie mogliśmy wyjść z
podziwu; dla
nowoczesności, azjatyckości, przeogromu tego miasta! Tak to wtedy próbowałem
opisać:
" Epitety... chyba nie znajdę najwłaściwszego. Na moich negatywach, też
próżno będzie
szukać właściwego ujęcia. Ja nie przesadzam i teraz jest idealny
moment, by wytarty zwrot nie
mam słów" był trafiony w sedno dla określenia atmosfery Hong Kongu. Nie
będę silić się na
porównania. Nic, po prostu, nic nie zrobiło na mnie większego wrażenia.
Miejsca tworzą też ludzie. Chodząc jednak o 3 nad ranem po kowloońskich ulicach,
wśród
setek neonów, witryn i świateł samochodów, czułem, że mogę wszystko.
Chodniki trawiły miliardy odcisków stóp, których właściciele wiecznie gdzieś
pędzą. Ale
chodnik nie odpocznie nawet w nocy. Najdroższe alufelgi ubrane w najszersze
opony, nie
dadzą spokoju ulicom - takich stuningowanych samochodów nie widziałem
nigdzie wcześniej. Nawet gdy w jakiejś bocznej uliczce nie ma człowieka, jestem
pewien, że nie jestem sam. I to nie chodzi o odgłosy dobiegające zza rogu. Nie
mówię też o
gigantycznych karaluchach, drepczących z pewnością siebie; pewnie dążą do następnego
ścieku, a może restauracji.
Druga strona luksusu: Wychodzimy z guesthouse'u - naszej klitki 2x3 m. Śmierdzący
fekaliami
korytarz, co
krok daje nam naoczne przykłady bytowania przeważnie zwierząt. Zwłoki kota,
żywy kot.
Winda 16-o piętrowego molochu z guesthousem na każdym piętrze innym.
Znów neony, witryny i ksenonowe światła samochodów oświetlają moje zdziwione,
zafrasowane,
zaniepokojone oblicze. Tchu nie łapię, pośród zaduchu i smrodu, nos nie znajduje
czystego
tlenu."
Teraz wrażenia podobne.
Niby betonowa dżungla; jednak bije w niej serce. Może nie tak chińskie i nie
bije tak mocno
jak w Szanghaju, ale to jest to coś. To jest to, czego słowa nie oddadzą.
Specjaliści z The Economist stawiają Hong Kong na drugim miejscu jeśli chodzi
o najdroższe
miasta na świecie (pierwsze jest Tokio, a Warszawa siedemnasta)
Politycy i politolodzy ciągle dyskutują o chińskości tego miasta. Tak od 1997
roku, kiedy
Hong Kong po 99 latach przeszedł z rąk brytyjskich w chińskie.
Ale to nie jest ważne. To jest zwariowany Hong Kong.
Miasto, które męczy.
Miasto, w którym straciłem głos, przekrzykując odgłosy kosmopolitycznej metropolii.
Tak
głośno!
Miasto, które fascynuje, na opis którego nie ma słów. Po prostu nie ma.