|
|
|
|
18. Laos/Chiny
4.09.2002
Skończyła się laba i słodkie bezdziejstwo. Teraz są C h i n y. Trzeba się przepychać
w
kolejce, bo jak nie inni się wepchną. Ich jest prawie półtora miliarda.
A na samym początku, już po stronie chińskiej znów zacząłem mówić po polsku.
Dobrze, że
nie było Polaków, bo nieźle by sobie o mnie pomyśleli. Dobrze też, że Chińczycy
nie
rozumieli moich ... słów, choć czasem bardzo bym chciał, żeby to do nich dotarło.
Żeby odczepili się ode mnie. Nie chcę wody, gdy akurat oni chcą mi ją nachalnie
sprzedać.
Nie chcę wchodzić do tej restauracji, gdzie akurat oni mnie nawołują. Nie chcę
arbuza,
którego sprzedawca do mnie krzyczy jedyne słowo, które zna po angielsku. A oni
w kółko
swoje: helou, helou! Brrr.
Stres? Nie! Jest luz, chiński luz. Bardzo specyficzny. Bez tego luzu i wyrozumienia
tu się po
prostu wariuje. Od razu. Przyzwyczajenie.
Tak, już Pekin, jednak zanim tu dotarłem...
Wyjechałem z Udomxai w Laosie lokalnym autobusem do granicy chińskiej. Odcinek
100 km
przejechaliśmy w 6 godzin.
Dlaczego? Bo tego odcinka nie da się nazwać drogą. Bezdroże to też za duże słowo.
Po prostu
przerwa między zalesionymi górami. Błotnista, jakby przeorana ścieżka. Ale żeby
aż 6 godzin
po niej się tłuc, starym zdezelowanym, przepełnionym do granic wytrzymałości,
autobusem?
2 razy złapaliśmy gumę.
Zatrzymaliśmy się na targu. Targ... oaza. Jedna przy drugiej siedzą Laotanki,
niektóre w
tradycyjnych strojach. Kłębią się dzieci. Na pierwszy rzut oka wszyscy sprzedają
to samo:
zielone ogórki i owoce, które widzę po raz pierwszy. To nie jest do końca prawda.
Między
warzywami rechoczą żaby. Pełzają białe robale. Nie przypadkowo! Pasażerowie
mojego
autobusu chodzą i przebierają. Wybierają co bardziej tłuste ropuchy.
Teraz przyjdzie mi z tym całym zwierzyńcem jechać. Jeszcze parę godzin.
Już jest granica. Już jestem w Chinach. Miasto Mengla (prowincja Yunnan). Przesiadka
następny autobus. Godzina 18. Kolejny cel Jinghong. Mamy dotrzeć tam za 7
godzin.
Ruszamy. Powtórka: górska, błotnista droga z serpentynami.
Nie mija pół godziny. Nagle zatrzymujemy się. Tak, jak zrobiły to inne samochody,
traki i
ciężarówki, które teraz stoją przed nami sznurem. Kierowcy i pasażerowie wysiadają
są
ciekawi. Ciekawi skutków ulewnych deszczy w prowincji Yunnan.
Wysiadam i ja i ślizgam się w pomarańczowo-brunatnej mazi.
Niebieska ciężarówka Dong Feng zalega na drodze. Spadła ze skarpy. Skarpę podmyły
ulewy. Ciężarówka jest doszczętnie skasowana. Miała dowieźć transport bananów.
Teraz
kiście żółto-zielonych owoców walają się w błocie. Sama maszyna aż do wysokości
kabiny
kierowcy tonie w błotnistym rudym szlamie.
Musiała spaść niedawno, ale w zmasakrowanej kabinie nie widzę kierowcy. Na miejscu
jest
już dźwig, spychacz i traktor. Jest też tłum gapiów.
Ekipa ciężko pracuje. Spoceni Chińczycy, po pas w błocie, obwiązują linami zakopaną
ciężarówkę. Dźwig wydaje z siebie agonalne dźwięki. Chybocze się na wszystkie
strony. Nie
daje rady podnieść ciężarówki. Nie przejedziemy?
Próby trwają. Kolejne liny. Dźwig i traktor spalają hektolitry ropy. Ich silniki
rzężą
niemiłosiernie.
Ściemnia się i jest pełno dymu.
Wrak ciężarówki ciągle tarasuje drogę. Dalszy przejazd nie możliwy.
Cały utytłany błotem wracam do swojego busa. Kierowca przy wejściu zaskakuje
mnie
decyzją większości pasażerów. 'Zawracamy'.
Więc znów Mengla. Szybko hotel, prawdziwa chińska chińszyzna. Sen.
Następnego dnia o 6 rano z tym samym biletem zjawiam się na dworcu autobusowym.
Ruszamy do Jianghong ponownie, ale już minibusem.
Nie mija pół godziny. Zatrzymujemy się przed sznurem autobusów, traków i ciężarówek.
To
samo miejsce co wczoraj. Omijamy korek. Z przeciwka nic nie jedzie.
To samo miejsce teraz w wąwozie leżą dwie ciężarówki jedna na drugiej. Spadły
z tej
samej skarpy.
Tłum gapiów. Robotnicy reperują drogę podsypując kamienie w grząskie błoto.
Próbujemy
przejechać.
Grzęźniemy w błocie. Trzeba pchać, po kostki w rudym szlamie.
Jedziemy dalej.
Znów stajemy. Błoto. Wysiadamy i pchamy.
Teraz nie pada, ale padało i to ostro. Może to nie powódź jak w sąsiednich prowincjach,
ale
musiało tu lać niesamowicie.
Efekty ulewy to też dziury w drodze. Gdybym wyjechał parę dni później może było
by lepiej.
Teraz na tyle minibusa skaczę jak piłeczka kauczukowa. Tak jeszcze nigdy nie
trzęsło.
Mniej więcej co 15 minut mijamy grupy robotników w pomarańczowych czapkach.
Służby
drogowe reperują drogę, dziurawą jak ser szwajcarski. Nie! Ser szwajcarski to
przy tym
bezdrożu zwarta bryła. Skaczemy z dziury na dziurę. Wpadamy i wyjeżdżamy.
A widoki za oknem? Trochę podobne do laotańskich.
Same, same, but different...
W Chinach wszystko jest masywne, wielkie i rozłożyste. Góry, doliny i lasy,
które widzę za
szybą też takie są. To już nie przytulny Laos.
A i kolory się zmieniły. Nie są już nasycone zieleń już nie jaskrawa. Niebo
też zbladło...
Dojeżdżamy do Jinghong
Dalsza droga to jak migawki z filmu Snatch.
Kawa. Papieros. Zegarek. Sen. Taxi. Samolot. Lot.
Jinghong-Kunming-Pekin.
Znów Pekin.
Mój Pekin.
Starzy znajomi, ulubione miejsca. Nowe twarze, nowe znajomości, nowe miejsca.
aaa
Latawce na placu Tienanmen. Z czasem szybują na wietrze coraz lepiej, ku zaskoczeniu
Chińczyków. Polak też potrafi!
Jutro Hong Kong. Załatwianie dłuższej wizy.
I do r o b o t y...................
Kolejna przygoda. Zobaczymy.