Tnchmury01

Tnchmury03

Tnchmury05

Tnchmury08

Tnchmury09

Tngora03

Tngora06

Tnstatek01

1.
3.07.2002

Port lotniczy w Helsinkach. Po 1,5 godzinnym locie z Warszawy. Za 5 godzin przesiadka na samolot do Pekinu.

Czekałem. Siedziałem i patrzyłem. Obserwowałem grupy idących z wolna ludzi. Wraz z usłyszeniem informacji o swoim odlocie szli, szukając właściwej bramki. Rodziny. Panienki z kolczykami wszędzie. Paniusie na obcasach. Opaleni macho. Biznesmeni. Pospolici. Modnie ubrani. Małe dzieci.
Chcę nasycić się widokiem Europejczyków. Blondynek i blondynów. Żaden azjatycki widok tego nie zastąpi. Napajam się.
Niby tłum, a jednak każdy daje się rozpoznać. Może ten podróżniczy stres tak każdego spina. Każdego z osobna, nie wszystkich.

Metalowy wystrój. Lśniące, lustrzane filary. Podłogi błyszczą. Przeszklone ściany, za nimi unoszą się samoloty.
To takie anonimowe miejsce. Jednocześnie miłe i przyjazne. Jest trochę jak techno. Otaczające. Bez drażniącego beatu; takt wybijają nieregularne kroki i wózki załadowane bagażami. Sample to komunikaty wypowiadane przez naziemną obsługę. Skretchują małe dzieci. Głośno płaczą. Młodzież się śmieje. Międzynarodowy bełkot. Fiński język jest twardy, ale ciepły.

Ciekawe co myśli sobie barman, który tu pracuje. Nie widać znudzenia na jego gładko ogolonej twarzy. Też się wczuwa w przyjezdnych, przechodzących, odlatujących, przelatujących. Jem lichą kanapkę ze słynnym fińskim łososiem (ciekawe, czy ten mój kiedykolwiek był żywy), popijam średnie piwko (ciekawe, czy kiedykolwiek miało kontakt z chmielem). Takie to sztuczne zapychacze sprzedają za 10 E.

Palenie – tylko w wyznaczonych salach, a raczej boksach. Nie koniecznie trzeba palić, nawet jak się chce. Wystarczy wejść do takiej ciasnej salki i się zaciągnąć. Taki tu dym i czad. A oczy szczypią od samego wejścia.

Siedzę przy laptopie. Obrabiam zrobione niedawno z samolotu zdjęcia chmur. Zaraz znów w nich będę.

Bramka się otwiera. Już jestem na pokładzie MD11. Siedzę koło Chińczyka. Do you speak English? – Bejdżing, odpowiada tamten. Ok., to sobie pogadaliśmy. Przed nami 6315 km, które mamy zrobić w 7 i pół godziny.
Nie mogę zasnąć. Fotografuję chmury. Zmęczony jestem. Tymi pożegnaniami, pakowaniami, nieprzespanymi nocami. Zasypiam. Na chwilę tylko otwieram oczy. Uderza mnie plastikowy zapach jedzenia w powietrzu. Znów zamykam oczy. Zaraz lądowanie. Prawie nic nie spałem. Oho, podchodzimy do lądowania. Wszędzie chmury. Gdzieniegdzie tylko zielone góry. I już Pekin. Po wszystkich formalnościach wychodzę by po raz trzeci powitać moje miasto.
Uderza mnie wilgotna i duszna fala gorąca.
Już wiem gdzie jestem.