Tnlp_d01

Tnlp_m01

Tnlp_m03

Tnlp_m05

Tnlp_m10

Tnlp_m13

Tnlp_m17

Tnlp_m18

Tnlp_m19

Tnlp_o02

Tnlp_o04

Tnlp_o07

Tnlp_o09

Tnlp_o11

Tnlp_phet01

Tnlp_prosie01

Tnlp_s08

Tnlp_s09

Tnlp_wodos01

Tnlp_wodos02

Tnxja_phengsi

16. Luang Prabang
23.08.2002

Luang Prabang. Święte miejsce na Laotańskiej Ziemi.Jest złoto i
pomarańczowo.
Złote są świątynie. Jest ich tu 31. Byłem w większości. Najstarsza
pochodzi z 1513 roku. Czuć historię w każdej z nich, każda żyje
własnym życiem, w każdej kłębią się mnisi. Choć szczerze
powiedziawszy, po kolejnej świątyni skutecznie można się znieczulić na
piękno zdobień, złotych dachów czy drewnianych płaskorzeźb. Można mieć
tego wszystkiego dość.
Ale jest jedno miejsce, dla mnie magiczne. To świątynia Manorom.
Dotarłem do niej na koniec mojego zwiedzania. Nie jest duża, nie
spotkałem w niej turystów. Poznałem za to mnicha Phengsi. Ma niespełna
17 lat, a już od 5 lat jest w tym klasztorze. Rozmawiamy przed
świątynią.
‘Mnichem to będę może za rok, za dwa, jak dorosnę, na razie jestem
nowicjuszem’. Jak zwał, tak zwał, Phengsi jest bardzo sympatyczny i
dobrze mówi po angielsku. ‘Lubię pomagać ludziom, słowa Buddy są dla
mnie drogowskazem, moją siłą. Bardzo mi się tu podoba. Jeśli chcesz,
przyjdź o 18. zobaczysz jak się modlimy’.
Punkt osiemnasta. Do świątyni, która wcześniej była zamknięta, teraz
tłumnie wchodzą buddyjscy zakonnicy. Wszyscy do siebie podobni – w
jednakowych jasno pomarańczowych szatach.
Ciemno jest.
Blask jednak bije od złotych posągów Buddy. A najjaśniej
jest wokół największego posągu – najważniejszego. Tak dużego, że nie
mogąc go przenieść, świątynie zbudowano dokładnie tam, gdzie stał.
Teraz bije światło. Mistyczne światło. Żółty tłum zaczyna swe modły.
Nie wiem, do czego porównać głosy ich muzyki. Mistyczne, święte,
podniosłe głosy. Na myśl przychodzi mi zgodne stado owiec, albo rój
pszczół. Ale to chyba świętokradztwo.
Wszyscy mnisi, a zebrała ich się tu ponad setka, klęczą w rządkach na
wykładzinie. Ich głowy skierowane są w stronę figur Buddy, stopy w
przeciwnym kierunku. W większości buddyjskich krajów, skierowanie
bosej stopy w stronę kogoś, a tym bardziej w stronę Buddy, oznacza
obrazę. Usadowiłem się na samym końcu. Patrzę na ich świeżo ogolone
głowy i wsłuchuję się w pobożne słowa. Nic nie rozumiem.
Czuję się trochę jak na lekcjach religii w podstawówce. W ostatnich
ławkach też siedzieli ‘niegrzeczni’, nadaktywni, niesforni uczniowie.
Tu też tak jest. Mnisi z końcowych rzędów zaczepiają się. Klaps – w
ogoloną głowę. Poszturchiwania, zaczepki, śmiechawki.
Ale nagle wszyscy milkną. Ostatnie rzędy się uspokajają. Cisza dodaje
jeszcze więcej mistycyzmu. Czuć obecność jakiegoś ducha. Najstarszy
mnich z pierwszego rzędu intonuje nową modlitwę. Święta atmosfera
udziela się wszystkim, tym na końcu też. Modlą się i biją pokłony
przed złotym posągiem. Klęczą i mocno się pochylają.
Amen. I koniec.
Po godzinie wszyscy znów wracają do swoich codziennych , wieczornych
zajęć, przy zachodzącym słońcu. Tłum ogolonych głów, już bardziej
rozluźniony, wychodzi przed świątynię. Zaczepiają się, klepią po
łysych głowach. Jeden czyta podręcznik do angielskiego, inny coś
notuje.
‘Chcesz, pokażę Ci mój pokój’ zaprasza Phengsi. Po schodach wchodzimy
do bambusowej chatki. W środku bardzo spartańskie warunki. Drewniane
łóżko, na nim magnetofon. Biurko z bambusa, ledwo wytrzymujące ciężar
stert książek. Rozlatujące się krzesło. Na ścianie wisi obraz Buddy i
cała kolekcja pomarańczowych szat. Wszystkie takie same.
Siadamy na podłodze. Przychodzą koledzy Phengsi. Uśmiechają się i
próbują do mnie zagadać. Są tacy radośni. Taki spokój bije z ich stale
uśmiechniętych twarzy. Chętnie pozują do zdjęć. ‘Ale przyślesz nam
jakieś odbitki?’. Na kartkach notują swe adresy. Czas już na mnie.
Żegnam się. Sabadii (szacunek)

*

Ulice mienią się odcieniami pomarańczy. Ulicami przechadzają się
mnisi. Przeważnie młodzi i przeważnie z parasolkami w dłoniach. Pali
piekielne słońce.
Luang Prabang to w sumie senne miasteczko. Choć pewnie działo się tu
więcej. Od 1545 roku tu mieściła się stolica królestwa Lan Xang.
Zniósł ją dopiero w 1975 roku Pathet Lao. Ulice Luang Prabang,
usytuowanego nad Mekongiem, oprócz klasztorów i światyń, cieszą oko
starymi, kolonialnymi kamienicami francuskimi. Wiele osób uważa, że
wpisanie miasta na listę dziedzictwa światowego UNESCO, zachowa jego
historyczną architekturę. Czas pokaże.
‘Wpisanie na tę listę potwierdza unikalną w skali światowej, wartość
zabytków kulturalnych i naturalnych, które są dziedzictwem całej
ludzkości’ – głosi napis wyrzeźbiony przy jednej ze świątyń. Tak –
oprócz kultury jest natura.

37 kilometrów od Luang Prabang są wodospady Kuang Si. Że jest
możliwość wypożyczenia motocykli, nie zastanawiałem się ani chwili.
Dosiadłem Hondę Dream i ruszam w drogę. Brak słów, by opisać kolory,
lasy, palmy, żwirowe drogi, bambusowe chatki i ludzi snujących swój
ospały żywot pośród tak barwnych ‘okoliczności przyrody’. I
niepowtarzalnej!
Same wodospady – mogą zrobić wrażenie. Choć dla mnie to hektolitry
nieokiełznanej, rozhukanej wody; teraz w kolorze brunatno żółtym, bo
to pora deszczowa. ‘Jeszcze miesiąc temu można było suchą stopą
przejść po tym bambusowym mostku’ - wspomina Anne z Australii.
‘Widzisz? Tam?’ Widzę tylko ledwie wystające fasady mostku. Jest to
jedyna droga, by dostać się na drugą stronę wodospadu.
Teraz niosę wysoko w górze aparaty i walczę z porywistym nurtem
strumienia. Zmagam się. Prąd jest silny. Podrywa nogi. W końcu jednak
udaje się donieść w miarę suchy sprzęt na drugą stronę. Teraz mogę
spokojnie go użyć.
Niestety nie można się kąpać w porze deszczowej – silny nurt i brudna
woda. Szkoda.

Wychodząc z terenu wodospadów usłyszałem coś jakby ryk. Zaraz przy
leśnej drodze jest betonowy budynek, bunkier. W środku, za kratami,
mieszka Phet. Urodziła się półtora roku temu i jest tygrysicą. Jedną z
1277 Tygrysów Indochińskich, które pozostały na wolności. Phet ma
własny wybieg. Jest bardzo łagodna. Ot, większy, cętkowany kotek. A
oczy ma tak pełne spokoju. Przechadza się dostojnie.
Phet i jej dwoje braci zostało znalezionych przy kłusownikach, którzy
zabili ich matkę. Rząd Ludowo-Demokratycznej Republiki Laosu,
zatroszczył się o los sierot, stwarzając im specjalne warunki. .
Dziennie, potrzebuje ona wyżywienia za 5$. Teraz każdy turysta może
dorzucić swoje parę groszy, by poprawić żywot tygrysicy. Wrzucam swoje
i wychodzę. Phet jakby odprowadzała mnie wzrokiem.

I znów ta sama droga do Luang Prabang. Zalesione góry skąpane
popołudniowym słońcem, prężnie widniejącym na szafirowym niebie.
Ludzie przy swych codziennych pracach, rąbią drewno, strugają bambusy,
sortują orzeszki ziemne. Laotańska sielanka. I wracam znów do miasta,
w którym królują pomarańczowe i złote barwy. Królują majestatycznie. W
mistycznej atmosferze.

...kończę pisać te słowa nad Mekongiem. Przede mną ruda rzeka – zawsze
ma taki kolor. Piję zimny koktajl z mango. Dobrze, że nade mną jest
parasol, bo nie da się wytrzymać w tym prażącym słońcu. Rozleniwiłem
się. Nie widzę termometru, ale musi być więcej niż 35 stopni. Żar się
leje. Niebieskie niebo, kształtne obłoki.

Już jutro kolejne miejsce. Mong Ngoi. Elektryczność jest tylko
wieczorami, o internecie nikt nie słyszał.