Tnmmn01

Tnmmn02

Tnmmn03

Tnmmn04

Tnmmn05

Tnmmn06

Tnmmn07

Tnmmn08

Tnmmn09

Tnmmn10

Tnmmn11

Tnmmn12

Tnmmn13

Tnmmn14

Tnmmn15

Tnmmn16

Tnmmn17

Tnmmn18

Tnmmn19

Tnmnja02

17. Muang Ngoi
1.09.2002

Jest takie miejsce na końcu Świata. Muang Ngoi na dalekiej północy Laosu.
Nie ma samochodów. Wioska jest mała (ok. 300 mieszkańców) i jest tylko jedna droga, a
raczej deptak, przez środek.
Są łodzie. Muang Ngoi leży nad rzeką Nam Ou, by się tu dostać trzeba trzy godziny płynąć
drewnianą łódką od najbliższego miasta.
Nie ma trakcji elektrycznych.
Jest prąd, ale 2 godziny dziennie (od 19.00 do 21.00), wytwarzany przez kilka generatorów.
Nie ma betonowych kamienic. To nowoczesny i niepraktyczny wymysł.
Są bambusowe chatki. Setki bambusowych chatek – tylko i wyłącznie. Niektóre z nich to
guesthouse'y dla coraz liczniej przybywających tu 'plecakowców'.

Budzę się z kurami. Budzi mnie donośne, cierpkie i przeraźliwie głośne pianie koguta; jak z
Teleranka. Jest przed szóstą rano. Położyłem się po 21., jak przestały pracować głośne
generatory. To nie ma znaczenia - czas nie ma znaczenia.
Jest tu i teraz.
Nie noszę zegarka. Natura wyznacza mój rytm.
Gdy jestem głodny to jem.
Gdy jestem śpiący to śpię.
R e l a k s a c j a .

Beztrosko kołyszę się na hamaku przymocowanym do bambusów. Leniwie wpatruję się w
bystry nurt mulistej rzeki. Czytam 'The Sorrow of War' Bao Ninh'a o wojnie wietnamskiej i
Mistrza Kapuścińskiego ('Wojna Futbolowa', po raz drugi).

Słodka beztroska.
Głęboki relaks.
Mocne katharsis.

A co poza tym? Poza tym jest rzeka, a w niej ryby. Idę z Paenem (siedemnastoletni syn
właścicieli mojego guesthouse'u) łowić. Zanim wszedłem do jego łódki już byłem po pas w
błocie. Rzeka jest potwornie mulista. Ale już siedzę w tym spróchniałym czółnie i razem
wiosłujemy.
Nie mamy wędek. Jest sieć. Kwadratowa, gęsto przeplatana sieć z obciążnikami na końcu.
Nie jest łatwo tak łowić. Trzeba się odpowiednio opleść siecią i energicznie nią rzucić w
wodę. Paen pokazuje mi miejsca, gdzie mogą być ryby. Nie wiem skąd on to wiedział, ale co
zarzucę, wyciągam po 3-4 sztuki. Z każdym zarzuceniem wychodzi mi to coraz lepiej.
Zawiniątko - sieć, odpowiednio splątana na moich rękach rozpościera się i wpada do wody
już jako kwadrat. Kolejne ryby. Mam też dwie krewetki.
Cały jestem w błocie. Żeby wyciągnąć sieć z rzeki, trzeba się zanurzyć, zanurkować.
W sumie mamy ze 30 ryb. Tak, ale to są rybki długości palca wskazującego i niewiele
grubsze... Akwariowe rybki na patelnię się nie nadają , ale zupa będzie w sam raz.
Po powrocie trzeba zmyć z siebie błoto. 'Za miesiąc, może dwa, zbudujemy z Tatą prysznic'
odpowiada mi Paan. W bambusowej toalecie oprócz dziury, która zastępuje sedes, jest
betonowy zbiornik z wodą. Z tej niby wanny nabiera się wodę plastikowym rondelkiem. To
zastępuje prysznic. Tutaj to wystarcza.

Wieczorem, Maame, mama Paena (właścicielka guesthouse'u) gotuje dla nas zupę. Rybną
oczywiście. Podaje w szklanej wazie. Do tego 'sticky rice ', bardzo popularny ryż, który je się
rękoma. Maame znakomicie zna się na gotowaniu. Zupa jest przepyszna, nie za słona, nie za
ostra. Pałeczkami wyławiam owoc dzisiejszego połowu.
Na stole ląduje nie oznakowana, szklana butelka z przezroczystą cieczą. Mamee nalewa
kieliszek i nalega, żebym wypił. To Lao Lao, tutejszy specjał. Samogon. Nie wiem ile ma
procent, nie wiem do czego porównać. Ciężko wchodzi, nie lubię. Dwa kieliszki wystarczą.
Dziękuję Maame za tradycyjną kolację. Pycha.

*
Na końcu jedynej drogi w wiosce lśni pozłacana stupa buddyjskiej świątyni. Przypomina mi
się Luang Prabang, ale ta tutaj jest wyjątkowa. Nie wiem jak stara, ale jest jedyna. Samotna
pośród dżungli i bambusowych chatek.
Wchodzę do środka, słyszę słowa modlitwy. W środku dwóch mnichów. Jeden nie więcej niż
osiem lat, drugi może o cztery więcej. Nie zwracają na mnie uwagi. Siadam na klepisku, pod
złotą figurą Buddy i słucham. Moją głowę ogarnia ich basowa melorecytacja i muzyka
dżungli. Odpływam setki lat wstecz i tysiące mil do góry, do nieba.
Otwieram oczy, bo czuję dym papierosowy. Tak – mnisi-dzieci palą. Porządnie się zaciągają.
Nie przejmują się moim aparatem. Nie rozumieją pytań.

Na drugim końcu jedynej drogi w wiosce jest leśna ścieżka. Razem z Markiem z Holandii
wybieramy się na spacer. Podobno na końcu drogi jest wioska. Nie wiem jak się nazywa. Nie
wiem, czy ktokolwiek kiedykolwiek ją nazwał.
I brniemy przez dżunglę. Jaskrawość zieleni. Nie do opisania błękit nieba. Muzyka huczy w
uszach. Dźwięki przyrody. Czy był kiedykolwiek na naszym Świecie kompozytor, który
potrafiłby napisać muzykę tak skontrastowaną i tak zwartą jednocześnie. Cykady, ptaki, nie
wiem jakie owady. Strumyki, a w nich woda spada na kamienie. Basy i soprany. Głośno, ale
dobrze.
2 godziny idziemy. Ponad kostki błota. Wąskie, błotniste ścieżki między bambusami. Hektary
pól ryżowych. Wilgotność powietrza przekracza wszystkie normy. Nic to.
Dotarliśmy. Jest wioska. Miniosiedle bambusowych chatek. Rozłożyste bananowce.
Pomiędzy nimi hasają małe dzieci. Przeważnie nagie. Umorusane od stóp do głów. Po co się
myć, jak zaraz i tak się ubrudzą. Ich matki i babcie rozmawiają w grupkach. Inne przędą na
wrzecionach. Ojcowie zajęci naprawianiem sieci.
Jest biednie. Bardzo biednie, ale radośnie I kolejne potwierdzenie tego co widziałem
wcześniej. Im biedniejsze miejsce tym ludzie bardziej weseli. Te uśmiechnięte twarze są tak
szczere.
Czas zatrzymał się z 50 lat temu, a teraz, tak jak od wieków, biegnie spokojnie. Raczej nie
biegnie, a się snuje.
W jedynym barze piję ciepłe piwo. Właściciel nie rozumie dlaczego pytam o lód, czy
chłodniejszą butelkę. Lodówka potrzebuje prądu. Nikt nie myśli o prądzie. Nie ma
generatorów.

Że są jeszcze takie miejsca na Ziemi. Nikt nie myśli o globalizacji, o Mc Donalds'ie, o
konflikcie bliskowschodnim, o listach przebojów, o sile mediów, o dysocjacji
elektrolitycznej, o eutanazji, o najnowszych trendach.
Tradycja. Szacunek.
C'est la vie, na końcu Świata.
*
Nie spałbym spokojnie gdybym nie napisał o drodze jaką przebyłem z Luang Prabang do
Nong Khiaw (miejsca skąd po 3 godzinach płynięcia łodzią dotarłem do Muang Ngoi).
Zapakowaliśmy się na ciężarówkę. My, czyli pięcioro turystów i tyleż samo lokalnych
Laotańczyków. Ciężarówka czyli zdezelowany truck (coś jak większy tuk tuk). Zabudowana
kabina kierowcy, za nim paka, tak jak w pick-up'ie. Brezentowa powłoka zawinięta wokół
stalowych prętów, dwie drewniane ławki i tyle. Na dachu jadą nasze bagaże, a my pocimy się
w środku. Piekielny upał, górska, dziurawa droga, ale nie, nie będę się skarżył. Podróż ma
zająć 4 godziny.
Teraz chciałbym znów się tam znaleźć, i żeby ta podróż nigdy się nie kończyła.
Widoków nie potrafię opisać. Nie będę powtarzał o nasyceniu barw. Arcykolorowych
odcieniach nieba, palm. 'Nie, Jan, tego nie da się opisać. Nikt w Europie nas nie zrozumie. To
po prostu trzeba widzieć' – pomaga mi Darko z Niemiec, który jedzie razem z nami.

Dobra, wchodzę na dach. Układam się koło plecaków. Wiatr we włosach. Słońce w zenicie.
Taaak! Czy ktoś mnie zrozumie?
Wiatr niesie moje okrzyki.
'Król Drogi.
Król Laosu.
Król Świata.'
Tak się czuję.
Są momenty, że nie wiem co napisać. Nie potrafię się tym podzielić, mimo najszczerszych
chęci. I zdjęcia też nie do końca pomogą opisać. 'Trzeba to widzieć'

Najlepsza droga na najlepszego miejsca. Mogła by trwać wiecznie.


PS. Znów jestem w Chinach. Przez ponad tydzień nie miałem dostępu do komputera. Spaliła
się ładowarka, stąd ta przerwa w relacjach.