|
|
|
|
4.
8.07.2002
Spotkaliśmy się pod McDonaldsem na północy Pekinu. Jego czerwony irokez wzbudza
duże zainteresowanie. To Yan Yan, pochodzi z Japonii. Od 3 miesięcy mieszka
w Pekinie. Zakochał się w Chince, Shenjing, którą poznał na koncercie w swoim
mieście i przyjechał do niej. Rzuca szkołę nie lubi Japończyków i Koreańczyków.
Nudzą go i nie rozumieją punk rocka. Prowadzi sklep z płytami, popularnej tu
wytwórni Crazy Ant.
Jedziemy taksówką jakieś 15 minut, mijając betonowe osiedla. Przeprasza, że
jego inglisz iz sou bed. Ale dogadać, dogadujemy się.
W oczy szczypie dym i wciska się pył. Zachodzące słońce, resztkami sił, ale
nadal z wdziękiem oświetla plac budowy i rusztowania. Koparki i robotników.
Już niedługo kolejny drapacz chmur. Poruszamy się wzdłuż wysokiego ogrodzenia,
by w końcu dotrzeć do celu West Bar.
Już czeka na nas załoga Brain Failure. Wokal włosy ma w cętki, jak krowa z reklamy
Milki. Taką z resztą nosi czapkę. Na sobie ma jeszcze kamizelkę z naszywkami
Brain Failure i A w kółeczku... Gitarzysta wygląda podobnie, ale jego głowę
zdobi różowo-zielony irokez.
Idziemy coś zjeść. Po drodze wokal, swą niestety łamaną angielszczyzną, opowiada
mi o pekińskim punku. Że scena narodziła się 6 lat temu. Że czerpią inspiracje
z kapel japońskich i angielskich. Jego ulubiona to The Clash. Teksty pisze i
śpiewa po angielsku. Tak jest mu łatwiej wyrażać siebie, opowiadać o swym życiu
i niechęci do globalizmu.
Jemy. Razem z nami, oprócz całego składu Brain Failure (gitara, wokal, bas i
bębniarz), są też ich znajomi i Yan Yan. Jemy pałeczkami i rozmawiamy o muzyce.
Oni zbierają siły przed koncertem.
Nadszedł oczekiwany moment. Zaraz wchodzą na scenę. Przed klubem pojawiło się
więcej irokezów i kolorowych głów. Są też Biali, przeważnie z USA. Nie ma agresji.
Patrząc na ten kilkuset osobowy tłum, kłębiący się przed wejściem do West Baru,
mam wrażenie, że to wielka rodzina idzie na imprezę swoich braci. Taka jedność
i przyjaźń ich łączy. Są też łysi skinheadzi. i też jak członkowie rodziny.
Irokezi i łysi. Biali i
kolorowi. Bez przemocy i agresji.
Brain Failure stroi instrumenty, a ja już się pocę pod, a zaraz na scenie. Mały
klub jest bardzo ciemny i nie ma wentylacji, ale ma klimat. W głębi jest scena,
a po bokach stoliki wypełnione młodymi, wsłuchanymi w pierwsze takty kapelki.
Są też tacy, co kręcą pogo i podskakują pod sceną. Ale spokojnie, mimo że takty
coraz szybsze.
Ich Muzyka bardziej przypomina mi rocka. Zmienne rytmy. Łamane, ale szybkie
takty.
Szkoda, że nie mogę zrozumieć o czym śpiewa wokal, cały już siny na twarzy.
Grają i grają. Nawet mi się podoba. Zupełnie nie czuję przesytu czy znudzenia,
a już kończą. Przy burzy oklasków i głośnych okrzykach, ociekający potem, schodzą
ze sceny. Brain Failure daje czadu!
Następny zespół, ta sama scena i równie wielka euforia. Pod sceną miotają się
i kręcą czuby irokezów. Dziwne to dla mnie, bo dobiegają mnie okrzyki oj, oj,
oj. Gra teraz kapela skinheadowska, a punkrockerzy się bawią. I to jak! Nie
znam ich nazwy, ale też nieźle grają.
Odprowadzam Brain Failure do taksówki. Na pożegnanie dają mi stertę naklejek
ze swoim logo i obiecują wysłać swoją płytę. Już jedną nagrali. Za dwa dni jadą
na tournee po Japonii, razem z Yan Yan.
Punk's not dead.