Tnsznghj001

Tnsznghj002

Tnsznghj011

Tnsznghj015

Tnsznghj018

Tnsznghj023

Tnsznghj030

Tnsznghj032

Tnsznghj033

Tnsznghj035

Tnsznghj037

Tnsznghj038

5.
9.07.2002

Szanghaj powalił mnie na kolana. Nie wiem co napisać.


Pekin, Londyn, Sydney, Paryż, Singapur, Bangkok nawet Hong Kong, niech się schowają.
Szanghaj jest wielki. Przebogaty. Arcybarwny.

Kark mnie boli od patrzenia na wieżowce.

Nie śmierdzi spaliną. Wszędzie utkane są platany, palmy, nawet sosny.
Zielono!

Szokuje architekturą. Nowoczesna - modern, ale ze smakiem. Niby przepych, a jednak wszystko pasuje.

Ludzie są ładni. Uśmiechnięci. Duża część mówi po angielsku.

O ile Pekin - siermiezny i gigantyczny, tak "Paryż Wschodu" - piękny i wielki. Ale też chiński.

Miliardy chyba światełek w nocy na Nanjing Road. W nocy też bund i panorama nad rzeką Huangpu z wieżą telewizyjną. Później knajpa i znajomi Polacy plus poznani Chińczycy. Piwo - 1 yuan (50 groszy!).

Zostane tu z tydzień, może dłużej?