|
|
|
|
15. Vang Vieng
19.08.2002
Vang Vieng.
Ktoś może powiedzieć, że mam pecha. Dojechałem tu przepełnionym do granic
wytrzymałości lokalnym busem. Przepełnionym jak warszawskie metro w okolicy
stacji
Politechnika o 8 rano w poniedziałek. Nie siedziałem na fotelu, z resztą większość
pasażerów
nie miała takiej okazji. Jako nieliczny dostałem od kierowcy plastikowy taboret,
który czułem
przez 5 godzin. Na którym czułem dziury i wyboje tej krętej, górskiej dziurawej
drogi. Pech
Nie! Część przygody.
Od dwóch dni leje jak z cebra. Vang Vieng opisywane jest w przewodnikach jako
niezwykle malownicze miejsce. Nie dane jest mi się o tym przekonać. Szare czapy
mgły
wokół skąponych deszczem szczytów to wszystko co widzę, gdy w strugach ulewy
spaceruję po mieście. Widzę też rzekę Nam Song i bambusowe łódeczki targane
od brzegu do
brzegu przez wartki nurt.
Bezustannie spadające krople deszczu. Jeziora na drodze. Po kostki w wodzie
gdy tylko
wychodzę z guesthouse'e. Pech? Nie! Jest schronienie przed deszczem pod bambusowym
dachem nadrzecznego bungalowu. Są międzynarodowe integracje. Ludzie z Izraela,
Holandii,
Stanów, Meksyku, Niemiec. Wymiany doświadczeń. Rozważania o tolerancji. Gra
na gitarze.
Californication. Improwizacje o nas samych.
Po trzech dniach przestaje padać! Górskie szczyty nieśmiało zgarniają z siebie
gęstą mgłę.
Wypada zwiedzić okolicę. Okoliczne groty tak reklamowane w przewodnikach i przez
miejscowych właścicieli agencji turystycznych.
Idę z Markiem (doktor z Holandii, razem też dzielimy pokój). Idziemy po łydki
w gęstym,
śliskim, rudym błocie. Przeskakujemy co większe kałuże. Cali utaplani w błocie
idziemy
dalej. Powietrze jest nieprzyzwoicie wilgotne.
Teraz przedzieramy się przez wąskie na dwie stopy, śliskie ścieżki pośród pól
ryżowych.
Nagle ścieżka się kończy, a my lądujemy po kolana w bystrym, górskim strumyku.
Bambusowa drabinka i znów litry, czy kilogramy błota, w którym brniemy dalej.
Dalej w kierunku grot.
Jest już z nami przewodnik Laotańczyk (ani słowa po angielsku). Teraz on idzie
pierwszy tym śliskim trakiem. Koniec drogi. Przed nami skały.
Znów ślisko. Zmurszałe, wymyte przez deszcz skały. 'Uważaj Mark, tam jest bardzo
ślisko' Trochę za późno go ostrzegam, bo już widzę jak ląduje znów po kolana
w błocie. Cały
brudno-rudy.
Dalej pod górę, po skałach. I nagle jest grota. Jeszcze patrzymy w dół wprawna
górska
antylopa mogłaby mieć problemy z wdrapaniem się do tego miejsca, gdzie my teraz
stoimy.
Zanurzamy się w ciemnościach. Egipskie ciemności, a raczej laotańskie. Wątłe
światło
elektrycznej latarki leniwie odsłania przed nami tajemnice grot. Tajemnice wnętrza
Ziemi.
Stalaktyt po stalaktycie. Poza tym jest cisza, w której perfekcyjnie brzmią
spadające krople
wody. Rzeźbiarze grot. Już od tysięcy lat. Kap kap kap.
Też nie łatwo jest brnąc w tym mroku z jedną latarką, w której kończy się bateria.
Ale
sama świadomość przebytej drogi i nagroda w postaci skomplikowanych form skalnych.
Nic
więcej nie trzeba.
Na końcu tunelu znów światło. Razi. Pod nami niezapomniany widok zielonych pól,
wciąż
zamglonych górskich szczytów.
Cisza. Słyszę jak pali się zwilgotniały papieros. Za mną spadają krople. Nie
dają
wytchnienia skałom.
Schodzimy tą samą drogą. Jeszcze bardziej śliską. Znów pada.
Pech? Nie! Laotańska przygoda. Niezapomniana, choć to dopiero początek.