|
|
|
|
14. Vientiane
15.08.2002
Najbiedniejsze państwo Azji. Laos.
Dojechałem do Vientiane stolicy.
Przy odprawie paszportowej wita napis: Niepodległość. Pokój. Demokracja. Jedność.
Postęp.
Już po przekroczeniu granicy wietnamsko-laotańskiej, potwierdziły mi się statystyki
dotyczące biedy.
Drogi, a właściwie ich brak, o czym miałem okazję przekonać się jadąc autobusem.
Nie
autobusem, a raczej piekłem na kółkach. I właściwie to okazje miała pewna część
mojego
ciała. Wyblakły seledynowy fotel, z lichej podróby skóry. Fotel, do którego
cały się kleiłem.
Fotel, w którym nie można było usiedzieć, położyć się, rozłożyć. Nie było sposobu,
a
zastępował mi łóżko przez 26 godzin podróży. Oczywiście w autobusie nie było
klimatyzacji,
ani wiatraków. Nic z tych rzeczy.
Trzęsło niesamowicie. Czułem każdą dziurę laotańskich dróg (bezdroży).
Niewygody podróży z nawiązką rekompensowały widoki za oknem.
Tak zielono jeszcze nie było. Aż fluorescencyjne pola ryżowe. Brunatno zielone
lasy,
porastające skaliste góry. Nagle przechodzą w szary odcień. Biało-szaro. To
mgła, spośród
której gdzieniegdzie przebija się przebłękitne niebo.
Wśród zieleni droga. Kręta, górzysta, wyboista droga.
Po bokach domki z drewna tekowego, budowane na palach.
Rozpromienione nagie dzieci radośnie chlapią się w mulistych rzekach.
Bambusowe chatki, coś na kształt paśników w Puszczy Piskiej, tu kryte liśćmi
palmowymi.
Tu mieszkają ludzie. Weseli ludzie.
Tak radosne twarze to też dla mnie nowa rzecz. Naprawdę, nie widziałem jeszcze
tak
pełnych i szczerych uśmiechów. Średnia pensja w Laosie wynosi 350$. Rocznie!
Kon zarabia 25$ miesięcznie w Ministerstwie Komunikacji. Studiował w Baku, więc
rozmawiamy po rosyjsku. Jest przezabawny. Dwa, trzy razy w tygodniu zaprasza
do siebie
do domu znajomych. Teraz jest tu około 10 osób.
Ja przyszedłem trochę później, więc muszę wypić piwo duszkiem. Dalej już jest
normalnie.
Piwo leje się strumieniami. Strumieniami, ale do jednej szklanki z lodem, która
krąży wokół
stołu. Każdy pije (nie można odmówić) i oddaje szklankę rozlewającej dziewczynie.
Ta
przeciera szkło chusteczką, dodaje trochę lodu, nalewa piwo i podaje następnemu
w kolejce.
Stół pozastawiany jest tradycyjnymi laotańskimi potrawami. Grillowane mięso
wieprzowe
(nietoperzy, ani żab się nie dopatrzyłem, a to podobno tu normalna przekąska).
Sałatka z
papai najostrzejsza rzecz, jaką w życiu jadłem. Liście bazylii i sałaty. Bagietki
i klejący się
ryż. Wszystko je się rękoma i je się ze smakiem.
Roześmianemu towarzystwu przygrywa muzyka z telewizora. To muzyka z Tajlandii.
Nie
ma do czego porównać. Azjatycki pop. Teledyski, w których obowiązkowo musi występować
dziewczyna i chłopak, kręcone są na tajskich plażach. Treść również obowiązkowo
o miłości,
przeważnie niespełnionej. Znajomi Kona, a i on sam śpiewają przeboje. Próbuję,
ale mi nie
wychodzi. I tak jest wesoło. Te bezustannie, szczerze uśmiechnięte twarze. Dziś
znów
idziemy na imprezę, tym razem do miejscowego lokalu.
Podobno Laotańczycy są strasznie leniwi. Tutejsi pracodawcy wolą zatrudniać
Wietnamczyków, ze względu na ich wydajność pracy" mówi mi Ambasador RP,
p. Gerlach.
Ale to nie ze względu na ludzi do Laosu przyjeżdżają turyści. Jak magnez przyciągają
ich
budowle sakralne. Przyciągają, ale nie na długo, średnio turysta zostaje tu
5 dni. Atrakcja
turystyczna numer jeden to Luang Prabang, które będę miał okazją odwiedzić za
parę dni.
Teraz Pan Ambasador wraz z żoną (czyli cały zespół Polskiej Ambasady) polecają
mi Budda
Park.
Wsiadam w lokalny autobus i przez dziury w drodze jadę 20 kilometrów. Rzeczywiście
robi
wrażenie mimo, że kompleks powstał w 1968 roku. Betonowe posągi buddy, betonowe
figury, betonowy leżący budda. Wszystko skąpane w rażącym słońcu, które góruje
pośród
chmur, na mocno błękitnym niebie. Wśród figur przechadzają się turyści i mnisi.
Najważniejsza w całym Laosie jest świątynia Pha That Luang. Jej monumentalna,
jaskrawo
złota stupa to symbol Buddyjskiej religii i Laotańskiej suwerenności. Konstrukcję
rozpoczęto w 1566 roku. Obecnie prowadzone są prace restauracyjne, więc cały
kompleks
jest prawie niedostępny. Widać robotników, pewnie Wietnamskich, bo uwijają się
jak w
ukropie, odnawiając dachówki. Już niedługo znów będzie można podziwiać Pha That
Luang,
ja tymczasem udaję się do Wat Sok Pa Luang.
Pełna nazwa to Świątynia Mahaphutthawongsa Pa Luang Pa Yai, z czego część (nie
wiem
która) oznacza Świątynie Leśną. I to się zgadza. Wśród palm i rozłożystych,
wysoki drzew
spacerują mnisi. Atmosfera jak na mazurskich koloniach
Zaczepia mnie jeden z mnichów, w pomarańczowej, luźnej szacie. Mówi, że dopiero
zaczyna się uczyć angielskiego. To z resztą słychać. Codziennie od piątej do
siódmej rano ma
lekcje. Później oddaje się medytacjom i lekturze świętych ksiąg. Skoro już
tu trafiłeś, musisz
skorzystać z sauny i masażu. Nie pożałujesz".
Mus to mus. Przedzieram się przez las, podążając za drogowskazami. Dostaję czysty
kawałek materiału, w który się owijam i wchodzę w kłęby dymu. Pachnie ziołami.
Bazylia ,
cynamon i trawa cytrynowa, reszty nie umiem powiedzieć po angielsku" mówi
mnich.
Pachnie przepięknie, jest gorąco. Pocę się jeszcze bardziej w tej małej drewnianej
saunie.
Wytrzymuję do granic przyzwoitości i cały ociekający potem wychodzę. Ziołowa
herbatka i
zaczyna się masaż. Uśmiecha się do mnie, jak zwykle szczerze, około 40-letni
Laotańczyk.
Kładę się na bambusowej leżance i zaczyna się prawdziwy, zdrowotny masaż ciała.
W
pewnym momencie na plecach czuję stopy masażysty, prawdziwy masaż. Błogi relaks
i
zdrowe wyciąganie mięśni. Dobrze...
Już się ściemnia, a ja mam jeszcze tyle do zobaczenia.
Kolejne świątynie. Haw Pha Kaew (powstała w 1565 r.). Wat Si Saket (1818r.).
Leżą koło
siebie. Są tak inne od tych, które widziałem np. w Chinach. Nie ma tłumu turystów
z
aparatami. Nie ma rozdziawionych skośnookich twarzy.
Jest za to skupienie i religijna atmosfera. Święte miejsca, w których historia
szepcze
buddyjskie mądrości. Miejsca spokoju i skupienia. Chwile relaksu wśród drewnianych
wiat,
w korytarzach z posągami Buddy.
W jednym z nich jest 10.136 posągów. Małych i dużych. Z drewna, z kamienia i
z brązu.
Jest na co popatrzeć, atmosfera sprzyja wędrówkom w czasie.
Czas na Patuaxai. Do złudzenia przypomina Łuk Triumfalny, skąd wzięła się jego
lokalna
nazwa. Jak na ironię, wybudowany został w 1969 roku z amerykańskiego cementu,
który był
przeznaczony na budowę lotniska. Teraz dumnie triumfuje w centrum Vientiane.
A na ulicach pięćsettysięcznej stolicy (największego miasta Laosu) jest spokojnie.
W
porównaniu z drżącym od klaksonów Hanoi, tu jest jak w Ciechocinku. Jeżdżą przeważnie
tuk tuki, trójkołowe motocykle z wbudowaną i zadaszoną naczepą. Hałasują to
fakt, ale nie
trąbią. Widzi się też samochody, czasem przypominające muzealne eksponaty. Toyoty,
Peugeoty, Renaulty z początku lat 70., może nawet jeszcze starsze. Ale widać
i nowoczesne
terenowe Land Rovery, luksusowe Mercedesy - w nich Biali. Oczywiście pełno jest
skuterów
i motorków.
Jest biednie, jest brudno, ale wszystko ma swój urok. Niepowtarzalny urok stolicy
najbiedniejszego państwa Azji.
Posiedzę tu jeszcze parę dni