Tnwaz-ja

Tnwaz01

Tnwaz02

Tnwaz05

Tnwaz06

Tnwaz07

Tnwaz10

Tnwaz11

Tnwaz12

Tnwaz13

Tnwaz14

Tnwaz15

11. Wąż
3.08.2002


"Nie, stary, tego się nie je" - zrezygnował Christofer z Niemiec.
"Zwariowałeś" - odpalił Tom ze Stanów. Nawet Ari z Izraela odmówił mi
wspólnego obiadu.
Nie to nie. Jadę sam po przygodę.

Wynajmuję skuterek z kierowcą, pokazuję napis na kartce - LE MAT.
Kierowca skinął głową, przystał na podaną przeze mnie cenę i w drogę.
Ale coś mi nie pasuje. Kierowca jedzie bardzo niepewnie. Zatrzymuje
się przy taksówce. Pyta się o Le Mat. Taksówkarz kiwa przecząco głową.
Jedziemy dalej do następnej taksówki. Sytuacja się powtarza. Przy
trzeciej taksówce, byłem bliski powrotu. Nagle wydarł się mój
kierowca, że o mało nie spadłem ze skutera: Le M AT ! (z silnym
akcentem na A). Więc tak to się wymawia.
/Język wietnamski, podobnie jak np. chiński bazuje na tonach. Są 4
tony - opadający, wznoszący, stały i opadająco-wznoszący)

10 km od centrum i wjeżdżamy w zakurzoną, błotnistą drogę. Mój
kierowca jeszcze parę razy upewnia się gdzie jest Le MAT i już
jesteśmy na miejscu.

Widzę upragniony napis: W Ą Ż.

Nie zdążyłem zejść ze skutera, a już łapie mnie za rękę mały
chłopaczek. "Ju it snejk, ser?" Tak, właśnie na węża tu przyjechałem.
Idziemy do knajpy.

Wybrałem sobie dorodną bestię, przynajmniej takie wrażenie sprawiał
rzucający się gad. Chwila strachu i... przestał się wić. Zręcznym
ruchem noża, kucharz, pozbawił węża życia. Teraz czas na przygotowanie
obiadu. I napitku: Kolejne cięcie. Z węża leje się krew - prosto do
kieliszka z wódką. "To dobre dla zdrowia" zapewnia kucharz, cały
upaprany krwią. Grzebie dalej w wężu. W kieliszku ląduje serce.
Jeszcze bije. Do kolejnego kieliszka wlewa zielony płyn. "Wężowy
miód"(zil mat zan)

"Ok, zapraszamy na górę". Wielka sala, z nakrytymi stołami.
Nieodłączne, wirujące wiatraki studzą trochę atmosferę. Siadam, a
chłopak, który zaczepił mnie przed restauracją, przynosi mi kieliszek.
Z wódką, krwią i bijącym sercem. (zil get zan) "Wypij, póki jeszcze
bije". Raz kozie śmierć. Jak przygoda to przygoda.

Nieważne, napijmy się.
Chluuup.
Poszło.
Nie smakowało jak zwykła wódka. Nie mam do czego porównać, ale nie
było złe. Za chwilę kieliszek wypełnia zielony płyn. Zamykam oczy
i...siup. Podobne doznani a, ale nie mam żadnych przykrych odruchów.
Po chwili kelner (ten sam chłopak, 15-o letni Nghia) przynosi pierwsze
danie. Zupę z węża. Z ryżem i warzywami. W smaku przypomina kleik
ryżowy z rosołem.

Czas na przekąskę. Mielone mięso (nie będę się, powtarzał, że też z
płaza), do tego ogórki i fura ziół. Za chwilę jeszcze donosi ryżowe
czipsy i orzeszki. Łamię czipsy i maczam w mięsie. Pycha. Czyli - tak
smakuje wąż. Ni to ryba, ni to kurczak. Coś pomiędzy. Jem i jem.
I...danie główne. Kawałki węża z warzywami. Thit zan. Trochę gumiaste,
ale delikatne. Rozpływa się w ustach. I bardziej smakuje jak kurczak,
niż jak ryba. Równlolegle, Nghia, proponuje mi różne gatunki wódek
wężowych. Już nie do spróbowania, ale do kupienia. Cena butelki jest
znacznie zawyżona, więc ograniczam się do fotografowania. "To kobra
królewska, sam ją złapałem" - teraz lewituje w słoju z wódką.
Prowadzi mnie na zaplecze. "Te jeszcze nie są gotowe do spożycia, wąż
musi swoje odleżeć". W rządku - słoiki, a w nich węże - całe i
posiekane. "Hi, hi, a to są genitalia kobry, bardzo drogie, ale
zdrowe...". Najedzony jak nie wiem co, bogatszy o nowe doświadczenia,
żegnam się z właścicielami knajpy.

SSSSSSSSmakowało mi bardzo.

SSSSSSssssssssssssssssssssssssssssssssssssssssssssssssssssssss