|
|
|
|
8. Chińska Wenecja
23.07.2002
We włoskiej Wenecji byłem 5 lat temu. Nie podobało mi się prawie całe.Place
zafajdane gołębimi odchodami. Wszędzie te wielkie, spasione,natrętne ptaszyska.
Masy Białych turystów. Spędziłem tam cały dzień.
Wystarczyło.
Dziś zobaczyłem jaka Wenecja może być. Chińska Wenecja, czyli miasto Zhouzhuang, 2 godziny drogi od Szanghaju.
Romantyczne, wąskie na półtora, góra dwa metry, brukowane uliczki. Po bokach
malutkie,murowane sklepiki z zakurzonymi antykami, ręcznie malowanymi wachlarzami;
restauracje. W uliczkach przyjemny cień. Malarze portetują turystów. Rysują
imiona na wachlarzach. Zasuszone staruszki sprzedają suszone ryby i krewetki.
Nad sklepikami i kramikami - otwarte okna. Dostaję się wyżej po wąziutkich schodach.
Widzę...
Gondole - prawie takie jak we Włoszech. Tutaj gondolierami są starsze panie. Czasem bezzębne, czasem szczęki błyszczące srebrem/złotem. Pływają też mężczyźni. Rozśpiewani wszyscy. Głos niesie się po kanale. "To stare, chińskie pieśni o miłości młodzieńca do ukochanej" informuje mnie bezbłędną angielszczyzną starszy Pan. Studiował w Rosji (jego rosyjski też perfect). Później był w Londynie. Tam gdzie teraz jest część jego rodziny. Tam skąd zdjęcia właśnie mi pokazuje. Big Ben, Most, Oxford Street. On sam - emerytowany profesor jeździ po Świecie.
Piskliwy i momentami zawodzący głos gondolierów niesie się dalej. Niesie się
od setek lat. Zhouzhuang to pierwsze chińskie miasto na wodzie. Ma 900 lat.
Sześćset z ponad tysiąca przybrzeżnych domostw wybudowano w czasach dynastii
Ming (1386-1644) i Qing (1644-1911).
Czuć historię. W każdej zmurszałej cegle, belce strzelistego dachu. Nawet mimo
reklam Coca Coli i Pepsi. McDonalds'a nie ma.
Wszystko dzieje się wokół wody. Kanały są ułożone w chiński znak przypominający
'#'. Nad kanałami mosty. 14 wąskich, kamiennych i jak bardzo urokliwych mostów.
Życie mieszkańców nie może istnieć, tu szczególnie, bez wody. Siedzą nad kanałami.
Myją naczynia. Plotkują i plotą. Dobrze im.
Szaleję z robieniem zdjęć, choć trudno fotografować ludzi, którzy tego sobie
nie życzą. Z niewyjaśnionych powodów. Nie i koniec. Moje działanie stało się
zatem podstępne i przebiegłe.
Wścibstwo? Podglądactwo? Chwytanie momentów, Światła, sytuacji. Nie reagowałem.
Wchodziłem bez pytania. Setki otwartych drzwi w wąskich uliczkach i na zapleczach.
Niezliczone ilości sytuacji. Rozespani ludzie pogrążeni jakby w letargu. Robiłem
co mogłem.
/Gdybym tylko znał chiński na tyle, by powiedzieć, że nic złego im nie
zrobię. Że tylko jedno zdjęcie. Uśmiech. Proszę tam spojrzeć, lekko
głowa w dół. I już. Po chińsku wdać się w pogawędkę. Ładna pogoda itd.
Mój największy ból tutaj - znajomość prawie żadna Ich języka. Ukoję
ból - nauczę się. Potrzeba czasu i cierpliwości./
Kameralny nastrój czuję, choć słowo tu zupełnie nie pasuje dla kogoś kto nie
był w Chinach, albo nie udodpornił się na chińskie reakcje na Białych. Nie drażnią
mnie nieodłączne nawoływania straganiarek: helou, helou, frienda, ti for ju?
To chleb powszedni, który każdy Biały w Chinach, nie chcąc tracić nerwów, musi
przełknąć. Uodpornić się. Z trudem przeciskam się przez zatłoczone uliczki.
Poruszanie skutecznie uniemożliwiają chińskie i japońskie kilkunastoosobowe
wycieczki. Na początku każdej z nich - przewodniczka z jaskrawą chorągiewką
i megafonem przy ustach. Głośno i ciasno. Uodpornić się. Przyzwyczaiłem się
do tłumów.
Chodzę i chłonę. Zachwycam się. Jest przepięknie. Wenecja włoska powinna się
nazywać Włoskim Zhouzhuangiem. Nie na odwrót. Kto tu przyjedzie - zrozumie.
Ja wrócę tu na pewno.